Jedzenie może leczyć!

To akurat żadna nowość, większość z nas o tym wie. Dziś jednak chciałabym podzielić się z wami czymś bardzo osobistym, czego doświadczyłam w ostatnich dniach. Istnieje możliwość, że ktoś z was jest w podobnej sytuacji lub zna kogoś, komu to, co w tym felietonie opiszę, może pomóc.

Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie szczególnie trudne. Moja mama na początku listopada przeziębiła się i choć nie miała temperatury ani dreszczy, bardzo osłabła. Już jakiś czas temu przekroczyła siedemdziesiątkę i doskonale zdaję sobie sprawę, że w tym wieku byle katar może być przyczyną poważniejszych powikłań. Mama prawie nie jadła. Nie miała apetytu, przez co traciła siły i przestała wychodzić z domu. Największym problemem był fakt, że mieszka sama. Siostra chciała zabrać ją do siebie, ale mama upierała się by zostać w domu – to uparta babka, która jak postawi na swoim to bardzo ciężko zmusić ją do czegokolwiek. I tak było też tym razem. Siostra przyjechała do mamy z zakupami, ale pracując i mieszkając w innym mieście nie ma możliwości jeździć na tyle często, by robić zakupy i pomagać mamie w podstawowych czynnościach. Ja z kolei oddalona o ponad tysiąc kilometrów, odcięta przez obostrzenia i maski, nie miałam możliwości polecieć i zająć się mamą. Trzeba było szukać innych rozwiązań. Początkowo szukałam zakupów z dowozem do domu, ale nie znalazłam. Pech, ale wiarygodny – pochodzę z raczej niedużego miasta. No to catering. Ale moja mama nie chciała o tym słyszeć. I nadal nie wychodziła z domu, nie jadła.

Po paru dniach napisała do mnie siostra, że z mamą jest coraz gorzej, ale nadal się upiera by zostać w domu i nie przenosić się do siostry. Nadal nie je. Trzeba było działać, bo robiło się naprawdę niebezpiecznie. Zadzwoniłam i ostro wyłożyłam kawę na ławę – „Albo zaczniesz jeść albo świąt nie doczekasz!” Brutalne, wiem. Ale zmusiło mamę do myślenia o nas – o mnie i o siostrze oraz o tym, jak my się w tej całej trudnej sytuacji czujemy. Żadna z nas nie mogła podporządkować się chęci mamy pozostania w domu i przeniesienia się do niej, żeby jej pomagać (choć mama nigdy o to nie poprosiła, oczywistym było, że bez pomocy nie wyzdrowieje). Wreszcie, podczas tamtej rozmowy zgodziła się na catering.

Znalazłam firmę w Warszawie, która dowozi posiłki w różne rejony Polski. Zamówiłam dietę bezglutenową na 1 tydzień z myślą, że jak będzie taka potrzeba, to przedłużę. Na początek chciałam sprawdzić jak podziała i czy pomoże mamie zacząć jeść. Bo cały problem tkwił w tym, że po przeziębieniu nie został ślad, ale bardzo osłabła przez brak apetytu. Jeżeli człowiek nie je, to słabnie. U starszych osób jest jeszcze gorzej, bo mama przestała brać leki, które przyjmuje od lat, nie chcąc ich przyjmować na pusty żołądek.

No więc stanęło na tym, że catering. Złożyłam zamówienie, wiedząc jakich posiłków mogę się spodziewać, gdyż do każdej diety było rozpisane przykładowe menu na każdy dzień tygodnia. Mama je zaakceptowała, więc nie kupowałam w ciemno. Kilka minut po złożeniu zamówienia, zadzwonił do mnie ktoś z obsługi klienta i zapytał o kilka szczegółów, uprzedził o bardzo wczesnych godzinach dostaw i mogłam zadać kilka pytań (a miałam ich całkiem sporo). Dzięki temu miałam pewność, że posiłki będą wnoszone na piętro i mama została uprzedzona o nocnych godzinach dostaw (było to uciążliwe, ale mniej niż pusta lodówka). Zamawiając w niedzielę, posiłki zaczęły przyjeżdżać od wtorku. Zaczęła się magia.

Wyobraź sobie siedemdziesięcioparoletnią osobę, która na nic nie ma siły, leży w łóżku cały dzień i czeka na śmierć (moja mama myślała, że to już ten czas). Wyobraź sobie osobę, która przez wiele dni zjadła mniej niż ty zjesz na jeden obiad. I wyobraź sobie, że ta sama osoba zjada pierwszego dnia absolutnie wszystko, co jej przywieziono – na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Zjadła wszystko – 1800 kcal! Następnego dnia też. Kolejnego dnia wyszła z domu do apteki, a jeszcze następnego dnia po zakupy spożywcze. Dziś jest sobota – piąty dzień diety bezglutenowej z cateringu, a mama mi napisała, że była na zakupach, bo zaczęła jeść więcej niż jest w pudełkach. Ma więcej siły, energii i odzyskała chęć do życia. Znowu się uśmiecha, bo wczoraj rozmawiałam z nią na Skype i zobaczyłam naocznie jak energicznie się porusza. Jest zadowolona, mimo że wcześniej ani myślała otwierać kurierowi. Teraz cieszy się, że wróciła do zdrowia i znowu jest samowystarczalna. Catering ma do poniedziałku. Nie będziemy przedłużać z uwagi na bardzo wczesne godziny dostaw (nawet 3 czy 4 rano) oraz dość wysoki koszt takiej diety dla jednej osoby. Jednakże, jako środek pomagający postawić kogoś na nogi – usługa warta była każdej złotówki i bez wahania zrobiłabym to znowu. Oczywiście, gdyby była taka potrzeba, mama dostawałaby catering cały czas, ale ona sama nie chce. Choć każdego dnia była zachwycona najróżniejszymi posiłkami, z których część jadła po raz pierwszy w życiu, to woli gotować tak jak robiła to przez całe życie. Woli przejść się do sklepu, być w ruchu i na świeżym powietrzu.

Wiedząc, że jedzenie było w przypadku mojej mamy kluczowe, muszę przyznać, że ten catering przerósł moje oczekiwania. Spodziewałam się, że może powróci apetyt jak zobaczy zróżnicowane, gotowe do spożycia posiłki, ale nie spodziewałam się, że po tym tygodniu stanie na nogi. A ona stanęła na nogi po dwóch dniach! Dziś mi napisała, że moja kuzynka zadzwoniła i ma ten sam problem, z którym właśnie uporała się mama – brak apetytu, osłabienie. Pomyślałam, że napiszę o tym. Być może jest więcej osób, które mają podobny problem. Żyjemy bowiem w dziwnych czasach, w których często jesteśmy daleko od najbliższych, a podróżowanie nam utrudniono. Chciałabym tą historią zainspirować was do postrzegania problemów, nawet tych bardzo trudnych i bolesnych, jako takich, które jednak można rozwiązać. Ten felieton jest inny, niż dotychczasowe. Jest to najbardziej osobisty felieton, jaki napisałam do tej pory, bo choć zawsze piszę o tym, co obserwuję, to nigdy nie wskazuję wprost osoby, o której piszę. Tym razem nie tylko wskazałam osobę, ale również jedną z najważniejszych dla mnie osób, która była w naprawdę złym stanie. Puenta z tej historii jest prosta – walczcie o tych, których kochacie. Róbcie to z głową i zaangażowaniem. Nikogo do niczego nie zmuszajcie, ale rozmawiajcie i przekonujcie argumentami (siostra chciała zabrać mamę do siebie choćby wbrew jej woli; mama początkowo nie zgodziła się na catering). Walczcie o bliskich, i o siebie samych też. Czasem wystarczą proste rozwiązania, trzeba tylko ich poszukać.