Facebookowi znajomi

Ostatnio zastanawiałam się and sensem posiadania konta na FB. W zasadzie z serwisu nie korzystam, wchodzę okazjonalnie na nie dłużej niż 3 minuty dziennie. Czasem w ciągu tych trzech minut złożę komuś życzenia urodzinowe czy zostawię kciuka pod zdjęciem. Ale czy jest sens, by to konto trzymać? Zaczęłam się nad tym mocno zastanawiać i rozważam usunięcie konta.

To nie jest spontaniczna decyzja i wciąż ją podejmuję. Za utrzymaniem konta tak naprawdę przemawia jedynie aspekt promowania nowych felietonów, ale do tego wystarczy funpage. W prawdzie posiadanie konta wiąże się z dostępem do informacji o tym, co aktualnie dzieje się u moich znajomych. Ale to nie do końca prawda i nie do końca jest to dobre. Po pierwsze, na tablicy widzę tylko 3% tego, co publikują moi znajomi. Filtr serwisu skutecznie ogranicza mi wyświetlanie postów osób, które mnie interesują od tych, które notorycznie publikują to samo, za to częściej. Mogłabym w prawdzie wejść na profil osoby, o której chcę się czegoś dowiedzieć, ale tu przechodzimy do punktu 2, czyli że to nie jest do końca dobre. Dlaczego? Teoretycznie osoba publikująca post na swoim profilu sama decyduje, co pokazuje ze swojego życia. Można zainspirować się pomysłem na wakacyjny wyjazd czy weekendowy skok za miasto. Można zapytać kogoś o przepis na chleb, który właśnie upiekł. Z drugiej strony nie wiedząc, co dzieje się u naszych bliskich znajomych po prostu możemy chwycić za słuchawkę i zadzwonić. I tu jest ta różnica pomiędzy tymi ludźmi, którzy posiadają konto na FB a tymi, którzy wciąż wolą tradycyjny kontakt z drugim człowiekiem. Przynajmniej takie mam wrażenie po kilku miesiącach czy już nawet roku, od kiedy Facebook przestał mnie zajmować na dłużej niż godzinę miesięcznie.

Prawda jest taka, że większość z nas ma wśród swoich znajomych około 300-500 znajomych, ale nie utrzymuje stałego kontaktu z 80% z nich. Więc jaki to ma sens? Podobnie z oglądaniem cudzych wypieków czy covidowych wojen pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami pandemicznych teorii. Uważam to wszystko za niepotrzebne. W zasadzie to trochę jak posiadanie telewizora. Ja go nie mam od 2008 roku i cholernie mi z tym dobrze. Nie chcę mieć telewizji, nie chcę słuchać tego, co inni mi narzucają. Wolę sama szukać informacji w swoim obszarze zainteresowań. Nawet teraz pisząc ten felieton słucham japońskiej piosenki, z której rozumiem tylko dwa słowa, bo są po angielsku. To nie ma znaczenia, że w Europie ich muzyka nigdy nie jest grana. Mnie spodobał się kawałek, który znalazłam przez przypadek. Podobnie jest z portalami społecznościowymi. W założeniu miały łączyć ludzi i początkowo spełniały swoją funkcję, teraz jednak, po latach przyzwyczajenia mam wrażenie, że mój kontakt z przyjaciółmi i rodziną niebezpiecznie zbliża się ku zerowemu. Ogromny wpływ na to miał lockdown, przez który pozamykano nas w domach. Ale zamiast dzwonić do siebie, wchodzimy na FB i już wiemy, co u kogo. To jednak nigdy nie zastąpi spotkania przy piwku w przybarowym ogródku, wyjścia do kina z ukochanym czy na wspólne zakupy z przyjaciółką. Nie usłyszymy głosu kolegi ani nie dowiemy się z posta, co naprawdę teraz myśli o swoim życiu. Czy jest zadowolony ze swojego życia, czy jest mu zwyczajnie źle. Bo na Facebooku chcemy pokazać się z tej lepszej strony. W większości przypadków zdjęcie nie jest umieszczane po to, by podzielić się czymś wartościowym ze znajomymi, ale by zebrać polubienia, serduszka i komentarze. One mają nas poniekąd dowartościować. Ale czy w takim cyfrowym świecie chcę się dowartościowywać? O wiele więcej niż 100 serduszek, znaczy dla mnie jedna osoba, która poświęci swój czas na przeczytanie tego felietonu, bo tu oddaję całą siebie. Wszystko, co myślę o danej sprawie jest tu w 100% szczere. Innymi słowy, jeśli chcesz mnie poznać, przeczytaj mój felieton lub porozmawiaj ze mną. Nie muszę udostępniać zdjęcia, na którym się uśmiecham, byś wiedział, że jestem szczęśliwa. Zdjęcie może być zrobione rok wcześniej. Ale jeśli do mnie zadzwonisz, usłyszysz w moim głosie, jak naprawdę się czuję.

Tak naprawdę nie wiem, czy usunę swój profil. Wciąż podejmuję decyzję, choć jestem naprawdę blisko usunięcia konta. Założyłam je w 2008 lub 2009 roku, a to już niemal 1/3 mojego życia – kawał czasu. Z drugiej strony mam wrażenie, że pozostawienie Messengera jako mojego darmowego telefonu do przyjaciół i rodziny w zupełności mi wystarczy. Bo właśnie tak chcę żyć: z ludźmi, wśród ludzi, a nie obserwując ich z daleka.