O czytaniu i pisaniu

Wziąć kartkę papieru i pisać. Czasem przychodzi to łatwiej, a czasem trudno złożyć trzy zdania w logiczną całość. U mnie zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej. Nie lubiłam czytać lektur, więc ich nie czytałam. Wolałam popularne wtedy „ściągi” i „opracowania lektur”. Nigdy nie zdołam wyrazić swojej wdzięczności autorom i pomysłodawcom tego cudownego wynalazku. Dzięki nim „zaoszczędziłam” tysiące godzin mojego życia, a już będąc dorosła chętnie sięgam po książki – takie, które mnie interesują, a nie narzucane mi przez system.

W związku z tym, że nie czytałam lektur, na pracach klasowych z języka polskiego zawsze wybierałam temat dowolny, czyli taki niedotyczący lektur. Tutaj trzeba było być twórczym i napisać opowiadanie. Mając 10-11 lat pisałam opowiadania na każdej takiej pracy klasowej. Nie wymagały one ode mnie konkretnej wiedzy, a jedynie wyobraźni. A tę miałam niczym nieskrępowaną. Bardzo żałuję, że nie mam dziś tych prac. Nie mam pojęcia, o czym pisałam, ale moja cudowna polonistka zawsze mnie za nie chwaliła… i ganiła za ortografię. Bo nieczytanie książek miało swoje wady. Kiedy dzieci nie czytają, znacznie trudniej nauczyć się im ortografii czy stylu. Styl, styl, styl. Pamiętam, że w każdej mojej pracy znajdowało się to tajemnicze wówczas dla mnie stwierdzenie, którego nigdy nie rozumiałam. Czytałam po wielokroć te podkreślone na czerwono zdania opatrzone dobrze mi już znanym słowem „styl” i nie mogłam zrozumieć, co zrobiłam źle. A zatem pisałam ciekawe opowiadania, ale pisać nie umiałam. Natomiast dzieci, które w dzieciństwie czytały każdą lekturę, dziś jako dorośli w większości przyznają, że nie czytają.

Mimo licznych głośnych kampanii dotyczących czytelnictwa w Polsce wyniki badań są bardzo niskie. A szkoda. Bo nie chodzi o to, by w ogóle nie czytać, ale o to by polubić czytanie, czytając o tym, co nas interesuje. Nie sądzę, by chłopcy w podstawówce cieszyli się z „Ani z Zielonego Wzgórza”, a dziewczynki z „Uczniów Spartakusa”. Ja się nie cieszyłam i pamiętam to aż za dobrze, bo była to jedna z niewielu lektur do których przeczytania zostałam zmuszona przez moją mamę. Koszmar. I wątpię, by ktokolwiek w wieku 13 lat z własnej woli sięgnął po „Krzyżaków”. Była też taka lektura pt. „Syzyfowe prace”. Nie czytałam jej, ale byłam na filmie w kinie z całą szkołą. Reżyserzy tworzący ekranizacje książek sporo pomogli młodzieży w kwestii lektur, ale „Syzyfowych prac” w ogóle nie zrozumiałam. Nie mam pojęcia jak dziecko ma zrozumieć problemy przedstawione w książce, skoro nawet film był ciężki i nudny.

Kiedy w gimnazjum skończyły się cudowne prace klasowe z tematem dowolnym, ściągi były koniecznością. Ale moja twórczość znalazła inne ujście. To właśnie pod koniec pierwszej klasy, czyli mając 14 lat, zaczęłam pisać teksty piosenek do anglojęzycznych (a czasem także polskich) utworów. Wystarczyła mi ścieżka dźwiękowa, która była bazą dla nowego utworu, tym razem z moim tekstem. Napisałam dziesiątki, jeśli nie setki takich tekstów do piosenek. Gdzieś jeszcze w moim domu rodzinnym one są. Może kiedyś do tego wrócę?

Lubię czytać, ale kiedyś nie znosiłam. W szkole podstawowej przeczytałem 3 do 5 lektur, w gimnazjum chyba 1, a w liceum czytałam tylko Moliera i Shakespeare. Pamiętam, jak odbierałam Shakespeare – czytanie pisanej wierszem historii sprawiało, że przez kolejną godzinę mówiłam i myślałam wierszem (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – przysięgam, tak było!). Podobnie miałam po obejrzeniu ekranizacji „Pana Tadeusza” (książki nie przeczytałam) z Michałem Żebrowskim i niezapomnianą Grażyną Szapołowską – scena z mrówkami plącze mi się gdzieś w myślach. Pisząc tekst do prezentacji na maturę ustną z języka polskiego opierałam się o ekranizację „Przedwiośnia” i „Granicy”. Nie czytałam ich. Niezbędne informacje znalazłam w popularnych wtedy „Ściąga”, „Bryk” i kilku innych. Ale wypadłam świetnie!

Kiedy skończyłam 18 lat, będąc w szpitalu próbowałam napisać książkę, ale nie byłam na nią gotowa. Miałam pomysł, ale nie czytając wcześniej lektur, nie za bardzo wiedziałam, jak pisać. Pomysły to jedno, ale realizacja to już zupełnie co innego. Po dwóch rozdziałach zaprzestałam pisania. Poszłam na studia, do pracy. Pochłonęły mnie „dorosłe sprawy”. A do napisania książki musiałam dojrzeć… 15 lat. W tym czasie przeczytałam mnóstwo książek. Polubiłam czytanie, kiedy przestano mi je narzucać. Na studiach czytałam podręczniki, ale one były o prawie, czyli o tym co mnie interesowało i co było przydatne, bo miało pełne zastosowanie w życiu. W międzyczasie i już po ukończeniu nauki coraz częściej sięgałam po książki z różnych gatunków, od fantastyki, przez obyczajowe, po naukowe.

Felietony weszły do mojego życia niepostrzeżenie. Pierwszy napisałam jakieś 3 lata temu na temat hejtu w Internecie. Chodziło o post znanej żony znanego piłkarza, dotyczący zbiórki na leczenie jakiejś znajomej (chyba). Napisałam pod wpływem chwili, potem założyłem bloga i tam opublikowałam. Dla siebie. Blog miał być taką moją dodatkową szufladą. Niestety długo potem nie pisałam, a kiedy napisałam kolejny, okazało się, że stronę z blogami zlikwidowano. A ja nawet nie zrobiłam kopii tamtego felietonu o hejcie. Bo nie mam kopii, bo piszę pod wpływem chwili, najczęściej w pracy. Tam (a może raczej tu, bo teraz też piszę w pracy) mam najczęściej „wenę”. Piszę tylko kiedy coś mnie zainspiruje. Biorę wówczas zwykłą białą kartkę z drukarki i samo się tworzy. Po prostu piszę, nie znając zakończenia.

Lubię to, bo nie zmuszam się do tworzenia treści. Po prostu siadam, kiedy mam coś do powiedzenia. Dlatego na mojej stronie nie będzie nigdy systematyczności. Przepisanie z karki nie należy do moich ulubionych czynności. Dlatego po raz kolejny daję sobie prawo do wolności poprzez „poczekanie”, aż mi się „zachce” przepisać tekst do Worda. W życiu każdego dnia mamy wystarczającą ilość obowiązków. Jeśli możemy się czymś zająć dla przyjemności róbmy to z radością, a nie z konieczności. To nie praca, terminy nas nie gonią. Wówczas tworzone treści mają inny charakter, dodatkową wartość i nie należy trzymać się sztywno przyjętych reguł. Najpiękniejsze rzeczy na tym świecie powstały właśnie dlatego, że kilku geniuszy przełamało schemat.

Na zakończenie mała niespodzianka dla tych, który czasem tu zaglądają. W przygotowaniu jest książka. Nie będzie to ani zbiór felietonów, ani moje przemyślenia. Postanowiłam napisać coś większego. Dłuższe opowiadanie, czyli powieść. A ponieważ jestem nowicjuszką, postanowiłam zacząć od czegoś w mojej ocenie prostego, czyli obyczajowego. Bardzo chciałabym kiedyś napisać coś w fantastyce, ale do tego wciąż muszę dojrzeć, nabrać doświadczenia. I mam jeszcze dwie informacje i dobrą, i złą, którą chcecie pierwszą? Wybaczcie, nie mogłam sobie darować. A zatem dobra jest taka, że książka będzie dostępna tu na stronie www.życiejestproste.pl całkowicie za darmo i będziecie ją mogli czytać online lub pobrać na swój czytnik. Tej złej wiadomości być może część z was się już domyśla, bo o tym napisałam powyżej, mianowicie nie wiem, kiedy dokładnie ją ukończę, dlatego nawet przybliżona data jest nieznana. Na ten moment mam 3 rozdziały. W kolejnych wpisach (być może na fanpage) będę dawała znać, jak idą postępy i gdzie aktualnie jestem. A wszystko to wynika z faktu, że lubię pisać i chcę to nadal robić z przyjemnością. Chcę by moje „skrobanie” dało przyjemność w równym stopniu mi jak i wam. Dlatego, jeśli ma to być dobre i ukończone będę to robiła, gdy tylko zechcę. Zmuszanie się do twórczości tylko ją zabija.