Nie daj się depresji!

Z pojęciem depresji w ostatnich latach spotkał się niemal każdy. Wszechobecne reklamy leków wspomagających walkę z depresją, liczne artykuły o tym, czym jest depresja i jak ją leczyć. Przede wszystkim jednak narastający stres związany z pracą czy obowiązkami w postaci kredytów hipotecznych, szybszym tempem życia powodują, że coraz więcej ludzi zapada na tę niejasną przypadłość.

Określam depresję jako przypadłość a nie chorobę, bo za taką ją uważam. Przeszłam depresję wiele lat temu  i z własnego doświadczenia chciałabym przedstawić zarówno objawy, przyczyny i skutki, jak również czynniki, które pozwoliły mi uporać się z nią.

Zaczęło się niewinnie, nawet nie wiem w którym momencie, bo to przypadłość rozwojowa i czasem trudno dostrzec przyczynę. U mnie były to trzy czynniki, które wystąpiły w jednym niemal momencie: rozstanie z chłopakiem, zawalenie egzaminu i tym samym roku studiów oraz tęsknota za domem i rodziną z racji częstych wyjazdów służbowych. W pewnym momencie „przestało mi się chcieć’. Przestałam dawać z siebie wszystko w pracy, robiąc jedynie tyle, by nie wzbudzać podejrzeń przełożonych. Na uczelni pojawiałam się regularnie, ale nie na wszystkich zajęciach, skupiając się na opracowywaniu wymaganej literatury w domu. Z czasem zaczęłam unikać przyjaciół i znajomych. Rzuciłam pracę. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, sama pogrążyłam się w depresji tak głęboko, że teoretycznie był to już przypadek do leczenia farmakologicznego. Jednak moja rodzina nic nie podejrzewała. W miarę możliwości zamykałam się w pokoju i oglądałam seriale przez cały dzień. Od czasu do czasu pomieszkiwałam u siostry, to znów wracałam do mamy. Żadnej z nich nie chciałam siedzieć na głowie, więc starałam się przynajmniej zmniejszyć ciężar jakim byłam, kursując między jedną a drugą. Przestałam być samowystarczalna. Potrzebowałam pomocy.

Był moment, w którym pod naciskiem siostry poszłam na kilka rozmów o pracę, ale żadnej z nich nie dostałam. Na ostatniej z nich – do call centre – rozpłakałam się. Zwykła praca, nic wyjątkowego, a nawet poniżej moich kwalifikacji, a mnie zależało tak bardzo, że wybuchłam na niej płaczem. Z oczywistych względów i tej pracy nie otrzymałam.

Było coraz gorzej. Każdego dnia zastanawiałam się, w jaki sposób się zabić. Było jednak we mnie dość woli życia, by nie podjąć ani jednej próby. Po prostu czekałam, aż kolejny dzień się skończy i tak przez trzy lata.

Wreszcie nastąpił przełom. Dwoje moich najlepszych przyjaciół postanowiło za wszelką cenę wyciągnąć mnie z domu i to na dobre. Zaczęło się od zwykłych spacerów i przejażdżek autem. Z czasem stały się one codziennością. Z przyjaciółką przysiadłyśmy nad moim CV i ofertami pracy. Wróciłam do żywych. Znalazłam pracę w sądzie rejonowym. Znów miałam pieniądze, w prawdzie nie wiele, ale mogłam kontynuować studia i nie być ciężarem. Na nowo poczułam się potrzebna. Uczyłam się nowych rzeczy i krok po kroku stawałam się bardziej samodzielna. Po sześciu miesiącach zmieniłam pracę na lepiej płatną, która dawała mi poczucie spełnienia i ciekawe wyzwania. Kolejny raz zmieniłam się niepostrzeżenie, ale tym razem na lepsze. Zmiana ta polegała na tym, że każdego dnia uśmiechałam się od ucha do ucha, niezależnie od miejsca i czasu. Na nowo poczułam się szczęśliwa, a życie znów nabrało barw. Przestałam myśleć o śmierci i bezcelowości mojej egzystencji. Skupiłam się na „tu i teraz” i ruszyłam przed siebie.

Od tamtej pory jestem pozytywną, uśmiechniętą osobą, która czyni plany na przyszłość. Nie zastanawiam się natomiast nad przeszłością, a jedynie wyciągam z niej lekcje na przyszłość. Doceniam każdy dzień wśród ludzi, z którymi pracuję i spotykam się poza pracą. Inaczej patrzę na związek, w którym jestem, doceniam go ale i walczę o swoje. Podobnie w innych dziedzinach życia. Jestem pewną siebie, dojrzałą psychicznie kobietą, która wie czego chce i nie waha się po to sięgać.

Do końca życia będę wdzięczna moim przyjaciołom – Iwonie i Piotrkowi – że wyciągnęli mnie z koszmaru, w jakim żyłam – depresji. To zawsze będzie coś, przed czym będę się starała uchronić innych. Jednak uważam, że nie środki farmakologiczne powinny być stosowane przy leczeniu depresji. To ludzie, którzy nas znają, wspierają, motywują, pomagają – są wszystkim, czego potrzebujemy, aby wyjść z depresji. Po przeszło dziesięciu latach mogę z pełną świadomością stwierdzić, że nie wiem, gdzie bym dziś była, gdyby oni wtedy nie wzięli się za mnie lub się poddali. Ale oni nie odpuścili i w ciągu kilku miesięcy wyciągnęli mnie ze stanu, w którym tkwiłam przez prawie trzy lata. Ich determinacja i miłość postawiła mnie na nogi, moje własne. Dziękuję!