Dlaczego coraz więcej osób decyduje się nie mieć dzieci?

Dzieci. Jedne bywają urocze, drugie okropne. Jedne są grzeczne jak aniołki, inne to prawdziwe demony (określenie używane przez niektórych rodziców o ich pociechach). Bywają rozpieszczane, rozgoryczone, mądre bardziej i mniej. Chcące spędzać czas na świeżym powietrzu bądź takie, których siłą nie można oderwać od komputera, telefonu, konsoli czy telewizora. Dzieci są jednak w oczach ich rodziców najdoskonalsze: najpiękniejsze, najmądrzejsze, najszybsze, najgrzeczniejsze i nie ma tu nic do rzeczy stan faktyczny. Po prostu dzieci są po to, by je kochać i uwielbiać.

Są jednak osoby, a poznaję ich każdego roku coraz więcej, które nie czują potrzeby posiadania dzieci i nie decydują się zakładać rodziny. Na ogół, wbrew wielu oczekiwaniom, nie są to osoby określane popularnie mianem „singla”, a pary czy małżeństwa, które lubią wygodne życie, bez większych zobowiązań i gigantycznej odpowiedzialności jaką jest przecież wychowywanie dziecka na mądrego i dobrego człowieka, któremu przekażemy nasze wartości i zapewniamy lepsze życie niż sami mieliśmy.

Czasami, kiedy pytam znajomych mających dzieci, pracujących ponad siły (czemu aż tak się wykańczają? Wiem, ile zarabiają i wiem, że im ani ich dzieciom niczego nie brakuje) w odpowiedzi słyszę: „żeby miały lepiej niż ja miałam”. Ale gdyby usiąść i zastanowić się nad tym zdaniem, to nie wiem, czy znalazłabym więcej niż jedno dziecko, które w mojej ocenie ma lepiej niż ja miałam. A to wynika z faktu, że urodziłam się na początku 1987 roku i mogłam cieszyć się dzieciństwem na świeżym powietrzu z przyjaciółmi z sąsiedztwa, gdzie choćby przy kultowym trzepaku graliśmy w siatkówkę, „ringo”, piłkę nożną, chowanego itd. Życie z jedną czy dwiema bajkami dziennie, szkołą, która każdego dnia oferowała 4 lekcje od 8:00 do 11:25 i było się WOLNYM, brak komórek i krzyki rodziców z balkonu nawołujące swoje pociechy na kolację. Takiego dzieciństwa życzę każdemu dziecku.

Takie dzieciństwo, niemałym kosztem, postanowiła zrobić swojemu synowi jedna z moich bardzo dobrych koleżanek. Napisałam, że niemiłym kosztem, bo mieć kilka razy w tygodniu u siebie gromadę pięciolatków wymaga dobrej organizacji czasu oraz iście anielskiej cierpliwości. Dzieciom trzeba dać pić, jeść, po wszystkim posprzątać bałagan, który zrobiły, no i oczywiście w międzyczasie mieć na nie oko. Prócz tego ona, w przeciwieństwie do wielu rodziców, których znam, nie ma problemu z tym, że jej syn wytarza się w błocie czy będzie latem skakał w sam środek kałuży. Dla niej liczy się, by doświadczył najbardziej podstawowych rzeczy, które dają szczęście, by później w życiu umiał cieszyć się z drobnostek. Bo to jest klucz do prawdziwego szczęścia, a nie stan posiadania.

W świecie, w którym gonimy za pieniędzmi, by kiedyś kupić mieszkanie czy dom, gdzie żyjemy z dala od naszych rodzin, pracujemy ponad podstawowe 40 godzin koszem naszego zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego, rezygnując z odpoczynku i relaksu, przygnieceni ogromem przyziemnych obowiązków, wielu ludzi nie jest w stanie wyobrazić sobie dodatkowego „obciążenia” jakim jest odpowiedzialność za drugiego człowieka, który bez naszej pomocy jest zupełnie bezbronny. Dziecku trzeba dać jeść, trzeba je ubrać, umyć nauczyć chodzić, mówić, wpoić setki tysięcy prawd i zasad, by jako dorosły świadomy człowiek poradził sobie w tym świecie.

Dziecku trzeba zatem zapewnić opiekę, fundusze, edukację. To największa odpowiedzialność i najtrudniejsze zadanie na świecie. Dziecku trzeba stworzyć dom, ciepły i bezpieczny. Dom, w którym każdy kocha każdego i każdy każdemu pomaga. Miejsce, w który ludzie są dla siebie wsparciem i mogą na siebie liczyć. To czasami wydaje się wręcz niewykonalne. Znam wiele rodzin, które na pozór takimi się wydaje, ale gdy mieszkańcy domu zastają sami, sielanka znika, a zaczynają się dramaty – większe i mniejsze. Dziecku trzeba okazać nie tylko miłość i wsparcie, ale także cierpliwość, wyrozumiałość i empatię. Sama o sobie mogą powiedzieć, że każdej z tych trzech cech mam w niedoborze. Umiem być tak cierpliwa jak i empatyczna, ale nie trwa to u mnie długo, a ponadto jest mocno uzależnione od mojego nastroju, sytuacji, które wymagają wyżej wskazanych cech. Ale zdecydowanie nie mam jej dość by 24 godziny na dobę być w stanie odpowiedniego spokoju, wymaganego do prawidłowego rozwoju dziecka.

Dzieci to dla wielu osób rezygnacja z tej części wolności, która umożliwia nam podróże, spotkania do późnej nocy z przyjaciółmi na mieście. Część moich znajomych, którzy mają jeszcze rodziców w pełni sił, mieszkających niedaleko może sobie jeszcze pozwolić na wyjście do klubu czy kina we dwoje, ale Ci, którzy nie mają takiego luksusu, zdani są na nianię godną zaufania i często z polecenia, której trzeba ufać i do której trzeba się dostosować. W przypadku koleżanki, o której wspomniałam przy okazji zabaw w błocie i kałużach, dzięki temu, że przyjaciele jej synka często zostają pod jej opieką przy okazji wspólnych zabaw, może ona w zamian liczyć na pomoc sąsiadów przy opiece nad swoim dzieckiem i oddać syna pod opieką jednej z mam dzieci, które często u niej goszczą. Ale nie każdy rodzic jest w stanie zaoferować gromadzie „nieswoich” dzieci swój dom z ogrodem na plac do zabawy. Coś kosztem czegoś.

Kiedy wracam z pracy, po prostu kładę się do łózka. Nie wyobrażam sobie, że miałabym jeszcze wstawić pranie, zmywać, odkurzać, sprzątać zabawki, umyć dziecko, położyć je spać czytając mu bajki, a na koniec prasować. Nie wyobrażam sobie, by rano odprowadzać dziecko do przedszkola, które jest mi zupełnie nie „po drodze”, ale jest bliżej niż to, które by było. Nie wyobrażam sobie chodzenia po lekarzach, gdy dziecko ma ospę, różyczkę, świnkę, czy po prostu anginę. Nie wyobrażam sobie spania w szpitalu, gdy okaże się, że moje dziecko ma skazę białkową. Nie wyobrażam sobie bólu porodu i nie chcę go sobie wyobrazić. Nie wyobrażam sobie, jak moje nogi i kręgosłup wytrzymały nasz ciężar w 9 miesięcznej ciąży. Mój chłopak prawdopodobnie nie wyobraża sobie jakie miałabym ciążowe zachcianki. Ani ile to wszystko, o czym napisałam kosztuje: zdrowia, czasu, pieniędzy. A żadne z nas nie wyobraża sobie nie pracować. My wolimy drogę „na skróty”. Drogę bez tej odpowiedzialności, bólu i strachu, wydatków, bez czasu i sił, by zadbać też o partnera i dom, rodzinę i przyjaciół.

Świat w naszej ocenie jest toksyczny, brutalny, zakłamany, głodny i przesycony. Nie chcemy na ten świat sprowadzać kolejnej istoty. Nie na taki świat. Nie wykluczamy jednak, że pewnego dnia zmienimy zdanie. Wówczas adoptujemy dziecko, w wieku przedszkolnym lub szkolnym (bo jak wspomniałam, wolimy drogę „na skróty”) i damy mu wszystko, co tylko będziemy w stanie dać – miłość, opiekę, wsparcie, cierpliwość, wykształcenie, przyjaciół, czas i mądrość. Damy z siebie wszystko, by ofiarować mu lepsze życie. Ale do tego czasu, o ile ten moment w ogóle nastąpi, dzieci mieć nie będziemy i w najbliższych latach na dziecko się nie zdecydujemy.