Szkoła nie uczy życia

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką z pracy o kosmetykach i nasza konwersacja potoczyła się w stronę składu produktów. Zdałyśmy sobie sprawę, że w zasadzie nie wiemy, co wcieramy w swoje ciała i co nakładamy na twarz.

O ile świadomość konsumentów na temat składu żywności w ciągu ostatnich 20 lat znacząco wzrosła, o tyle nasza wiedza w zakresie kosmetyków czy produktów higienicznych używanych w domach wciąż jest bardzo ograniczona. W większości przypadków ograniczamy się do tego, czy dany produkt działa i ile kosztuje. W zasadzie, nie ma się co dziwić zabieganemu społeczeństwu, że często zwyczajnie nam się nie chce szukać informacji. Jednakże, w rozmowie z koleżanką poruszyłam temat chemii w szkołach i tego, czego same uczyłyśmy się na tych lekcjach.

Przyznam szczerze, że nie wiele informacji zostało mik w głowie, ale z całą pewnością nie analizowaliśmy składu popularnych i silnie żrących środków do czyszczenia toalet czy też składu tuszu do rzęs. Co więcej, nie poświęciliśmy ani jednej lekcji, by omówić wpływ kosmetyków na zwierzęta wykorzystywane w testach laboratoryjnych. Nie rozkładaliśmy na części pierwsze także żywności przetworzonej, by dowiedzieć się dlaczego w popularnej konserwie turystycznej jest tyle związków chemicznych, dlaczego nie psuje się przechowywana w temperaturze pokojowej, czy też (co najważniejsze), jaki wpływ ma jej zawartość i poszczególne składniki na nasz organizm.

Z lekcji biologii za cenne uważam poświęcenie całego roku budowie człowieka. Przynajmniej pamiętam, że kość w nodze, której stłuczenie potwornie boli, to piszczel. Wiem, gdzie mam nerki, by zadbać, aby ich nie przeziębić.

Z drugiej jednak strony, nie wielkie mam pojęcie o dermatologii. Nie nauczono mnie też udzielania pierwszej pomocy czy rozpoznania ataku serca. Nie uczono nas, czym leczyć anginę, jak zwalczać opuchliznę, czym zwalczać żylaki. Nie uczono nas też zdrowych nawyków żywieniowych. Pamiętam za to lekcje o mchach i porostach, pierwotniakach i pantofelku, oraz że ryby to bezkręgowce.

Język angielski, niemiecki i rosyjski – tych uczyłam się w szkole. Dziś po niemiecku umiem liczyć, powiem Gutten Morgen, Gutte Nacht. Pamiętam też słowa Oma, Opa, i że było coś takiego jak „umlaut”. Z rosyjskiego umiałabym jedynie powiedzieć ADIN, DWA, TRI i Nu Pagadi, gdyby nie to, że jeden z członków mojej rodziny od dziecka był uczony, prócz języka polskiego, także języka rosyjskiego, by w przyszłości móc biegle posługiwać się obydwoma językami równie płynnie (działa – polecam). Miałam w związku z tym świetną okazję osłuchać się z tym językiem i nauczyć tego, czego nigdy nie nauczyłabym się na zajęciach szkolnych.

Język angielski to zupełnie odrębny temat. Zdawałam z niego maturę i poszło mi dobrze. Jednak po 10 latach, gdy zdecydowałam się wyjechać do Anglii, na miejscu, mimo wcześniejszych przygotowań związanych z porozumiewaniem się w tym języku, nie mogłam wypowiadać się swobodnie, ani nawet zrozumiale dla Brytyjczyków. Co więcej, nie byłam w stanie ich poprawnie zrozumieć. W konsekwencji, przez kolejny rok uczyłam się słownictwa, gramatyki, rozumienia ze słuchu na nowo. Wszystko dlatego, że w szkołach nie ma na zajęciach zwykłych konwersacji. Jest za to schemat. Ja pamiętam, że za moich czasów, kiedy zdawałam maturę, miałam odpowiedzieć na trzy pytania, w tym opisać, co widzę na obrazku. Przez cały rok wałkowaliśmy to. Na maturze pisemnej było trzeba napisać kartkę z wakacji, uzupełnić luki w zdaniu na podstawie tekstu, czy wybrać poprawną odpowiedź na podstawie konwersacji odtwarzanej z płyty. Nikt nie uczył nas rozmawiać, słuchać i nigdy przed wyjazdem nie miałam do czynienia z native speakerem. Była teoria, a życie zweryfikowało praktyką.

Języka wciąż się uczę, ale po 5 latach jest już w porządku. Uważam, że z taką wiedzą, jaką mam teraz, ludzie powinni opuszczać mury szkół.

O matematyce napiszę krótko: „Królowa nauk”. Arytmetyka niezbędna. Geometria często też się przydaje. Ale do czego mi funkcje czy trygonometria? Przyznam, że trygonometrii nie przerabiałam, bo na tych zajęciach mnie nie było, a funkcji nie pamiętam, bo ich nie stosuję. Cóż, jakoś nie czuję braków na tym polu w codziennym życiu.

Czy w miejsce zajęć, w większości przypadków zbędnych w codziennym życiu, nie lepiej byłoby dodać przedmioty tak istotne jak ekonomia, gdzie uczono by inwestowania i oszczędzania, tego co właściwie oznaczają dla nas pojęcia: inflacja, stopa procentowa, globalizacja czy cyfryzacja?

Czy na biologii zamiast przez dwa lata przerabiać rośliny i zwierzęta, nie można by z tego czasu połowę przeznaczyć na nauki zdrowego odżywiania czy higieny?

Czy na chemii nie moglibyśmy uczyć się czytania składu etykiet oraz przygotowywania w domowych warunkach kosmetyków i środków czyszczących, mniej szkodliwych dla nas i środowiska?

Czy zamiast rozmów na godzinie wychowawczej czy religii, na które się chodzi „byle być”, nie można by uczyć etyki i postępowania wobec drugiej osoby? Nie uczymy się szacunku, asertywności, odmowy i udzielania pomocy innym, w tym zwierzętom. Na przysposobieniu obronnym uczą nas strzelać, ale nie uczą nas jak się obronić przed napastnikiem z nożem w ręku, który atakuje na zwykłej ulicy czy klatce schodowej.

Mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale moim celem jest jedynie zwrócenie uwagi na ten problem, by kiedyś, dla przyszłych pokoleń, zmienić to i dać szansę innym, by uczono ich tego, czego my musimy dowiadywać się jako dorośli, gdy już trzeba „leczyć” a nie „zapobiegać”.